Czy potrafię stanąć w
miejscu? Nie podróżować, nie odkrywać, nie biec – tylko stać? Ostatnimi czasy
robię to coraz rzadziej, z braku czasu, bo oczywiście, że nie ochoty. Jednak
ludzie, którzy znają mnie z codzienności, uważają że to sporo, że często, że ciągle.
Wychowałam się w podróży, w wędrówce, pociąg fascynował, był ruchomym pokojem,
wolałam go od tego własnego, tego, którego nigdy nie miałam. Nie liczę już ile
godzin swego życia spędziłam w podróży, stukot kół o szyny jest mi bliski, wyciąganie ręki
na poboczu drogi ekscytuje, widok za szybą, zwłaszcza wieczorem koi serce,
powoduje powolne drganie radości. Nie jestem dzieckiem Internetu, jestem
dzieckiem obrazów, miejsc, wspomnień, poznanych w drodze ludzi. Wyciągam
piegowatą twarz ku słońcu, rozkładam szeroko ramiona i chłonę świat. Uczę się
życia w drodze, w biegu, w pogoni, z plecakiem, bez ogólnego planu, bo taką
naukę przekazała mi dawno temu moja własna mama. I choć to czasem męczy, choć
czasem się narzeka, to nie wyobrażam sobie żyć inaczej. Nigdy nie stanę w
miejscu i nie zapuszczę korzeni.
Jeśli kiedyś zobaczysz stojącą na stacji lub wyciągającą kciuk w stronę nadjeżdżających
aut, małą, rudą dziewczynę, której plecak jest większy od niej samej –
uśmiechnij się, choćby w myślach. Ona jest szczęśliwa i zawsze będzie, bo droga
się nie skończy, a horyzont zawsze cicho wzywa.