Bańki, bańki, bańki.
Erry jak pięknie, że przypomniałeś mi o ich istnieniu w ten zimowy wieczór.
Czuję na ich wspomnienie, łaskotający w nos promyk słońca. Radość oczu, już nie dzieci - ciałem, ale dzieci - duchem.
Bieganie i dmuchanie w plastikowe kółko nasączone płynem. Ileż w tym prostoty, a ileż szczęścia. Byłam wtedy na przekór sobie szczęśliwa.
Mam nadzieję, że maj będzie dla mnie już zawsze czasem zabaw, śmiechu, radości, szczęścia, nawet gdy czasem wspomnienie niesie smutek. Mam nadzieję, że zawsze obce twarze będą patrzyły na mnie z tą samą serdecznością, nawet jeśli mamy różne, inne języki, uśmiech jest przecież ten sam, a tak mało kosztuje!
Śmiejmy się więc, śmiejmy się do oporu. Uśmiechajmy się do ludzi na ulicy, do rodziny, znajomych... jutro przecież dla niektórych taki ważny, świąteczny czas, cieszcie się. Niech uśmiech nie zgubi się wśród zapachu potraw, wśród gwaru rozmów, wśród łamania się opłatkiem i wyczekiwania na prezenty.
Ja uśmiecham się teraz... czując ciepło tego maja. Zakochałam się w maju. Dziękuje H.!
czwartek, 23 grudnia 2010
poniedziałek, 20 grudnia 2010
grudzień, srudzień.
Nie lubię świąt!
Nie lubię świąt bez choinki, bez zapachu piernika i pomarańczy.
Nie lubię świąt bez zimy, bez śniegu i lepienia bałwana.
Nie lubię świąt bez kolęd, bez szczerych życzeń i wyczekiwania na gwiazdkę.
Nie lubię świąt bez rodziny, bez stołu z dwunastoma potrawami i prezentów.
Nie lubię świąt!
I nie polubię!
niedziela, 19 grudnia 2010
Historia jednej znajomości.
I jak to się dzieje, że ci bliscy, w sekundzie odchodzą, wyrzucamy ich z pamięci, są odlegli naszemu sercu?
Znów wspominam. Zupełnie przez przypadek włączyłam historię z gadu-gadu, które mam u mamy, zaczęłam czytać... uświadomiłam sobie, ilu ludzi straciło ważność, przedawnili się, przeterminowali, i choć określam ich bardzo rzeczowo, wręcz stawiam na półce jako produkt, który gdy się zepsuje można zwyczajnie wyrzucić, to nie myślę tak o ludziach. Bardzo chciałabym nadać im znów ponownie świeżość, nie, nie przeżywać to wszystko jeszcze raz, po co znów czuć smutek, gniew, przeżywać porażkę? Chciałabym poczuć coś nowego, ale nie chcę - zaprzeczenie samej siebie, wiem. Ale wiem też jak boli rozczarowanie i choć chciałabym, nie chcę...
Myślałam, że o nim zapomniałam, nie wspominałam, nie rozmyślałam, ale ta historia rozmów... sięgam pamięcią do ostatniego spotkania, luty, Katowice, przejście obok siebie przez zupełny przypadek, a może nic nie jest przypadkowe? Sekundowe spojrzenie sobie w oczy i zwieszenie głowy, pamiętam, że czułam wtedy zupełnie negatywne uczucia do niego, że zabolało mnie brak reakcji, jakiejkolwiek z jego strony, choć nie wiem sama czy chciałabym mieć z nim jeszcze cokolwiek wspólnego. To takie skrajne emocje, był bliski, zdobyłam coś dzięki niemu, ale... niszczył mnie sobą.
Po co więc do tego wracam?
No właśnie... bo jest jedna rzecz, którą będę pamiętać do końca i która mi go przypomina.
Zapach - bo wiecie... on tak pięknie pachniał wiatrem...
sobota, 18 grudnia 2010
Zapach.
Obok mnie stoi zapalona świeczka. Lubię świeczki, stwarzają atmosferę przy której dobrze mi się myśli. Ta jest na te ostatnie naście. Pali się przyjaźnie i pachnie świętami, pachnie choinką, piernikiem, pachnie śniegiem i mrozem, lepieniem bałwana i lampkami na choince. Pachnie świątecznym makowcem i kruchym opłatkiem. Pachnie rodzinną atmosferą, choć nie wiem jak taka atmosfera pachnie, ale coś mi podpowiada, że właśnie tak. Pachnie w końcu tym cholernym świątecznym szczęściem, oczekiwaniem, napięciem, radością. Pachnie bliskością i serdecznym słowami. Uświadamiam sobie, że nigdy nie lubiłam świąt, bo ich nie poznałam. Dałeś mi wraz z tą świeczką magiczną chwilę poznania!
środa, 15 grudnia 2010
Ztratil jsem se.
Za dva dny jdu do Česká republika. Nemám rád tuto zemi.
Tam je, nicméně, další vzduch. Ostatní lidé, jiný jazyk.
A možná jiný mě?
Potřebuju pauzu od školu, přátele, domov, Polsky.
Chodit na zahraniční obchody ulicích a domech. Najdu si sám znovu.
Přišel jsem zpátky.
Pierwszy raz napisałam coś po czesku. Pewnie jest masa błędów. Nieważne. Choć czuję się jak na tym zdjęciu 'jak to się obsługuje?' to cieszę się, że wyszło z tego, to co wyszło. :)
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Oddech.
Jeszcze tydzień,
jeszcze 4 dni,
jeszcze 97 godzin,
jeszcze tysiące zaliczeń,
jeszcze śpiąca podróż,
jeszcze wysiadanie na dobrej stacji w tym obcym świecie
jeszcze tylko wytrwać i...
jeszcze 4 dni,
jeszcze 97 godzin,
jeszcze tysiące zaliczeń,
jeszcze śpiąca podróż,
jeszcze wysiadanie na dobrej stacji w tym obcym świecie
jeszcze tylko wytrwać i...
uciekam!
I znów odetchnę pełną piersią.!
wtorek, 7 grudnia 2010
multum
Za dużo wrażeń,
za dużo uśmiechów,
za dużo ciepła,
za dużo uścisków,
za dużo emocji,
za dużo ludzi,
za dużo nowości,
za dużo...
...stałam się pusta i niebywale smutna.
poniedziałek, 6 grudnia 2010
6 grudnia - a Ty wierzysz w magię?
Przyszedł do mnie Mikołaj. Zastukał lekko w drzwi i czekał cierpliwie na progu. Otworzyłam mu, wszedł i uśmiechnął się smutno. Miał taką zmęczoną twarz. Zaprosiłam go na herbatę. Siedział w moim ulubionym fotelu i opowiadał mi o świętach. Opowiadał mi o swojej pomocy, o małych prezentach ofiarowanych ludziom. Opowiadał o widoku zawiedzionych oczu, o niespełnionych nadziejach. Płakał cicho, a łzy kapały do filiżanki. Próbowałam go pocieszyć. Mówiłam, że ludzie się zmieniają, że chcą więcej, że wciąż więcej. Żeby się nie przejmował, że są tacy co to docenią. Ale on wciąż płakał, zalewając mój zielony, pluszowy dywan. A ja jedyne co mogłam zrobić, to dosypywać kolejne łyżeczki cukru do jego truskawkowej herbaty, którą solił nagminnie łzami....
sobota, 20 listopada 2010
Will it be the same if I saw you in Heaven?
- Nie mam wiary w siebie...
- To ją zdobądź.
- Kupić się jej nie da, na drzewach nie rośnie, nie jest nią wybrukowany chodnik, nie spada z nieba...
- Ale jest w tobie, to znacznie bliżej niż szukasz.
przypominam sobie dawne rozmowy. nie, nie jest mi źle, nie jest mi smutno i ponuro. jest mi... ciepło tam wewnątrz. ciepło na wspomnienia, na to, że się coś takiego wydarzyło, że miało miejsce. i chociaż nierzadko pan H. w rozmowach na gadu mnie irytuje, to lubię go. lubię tego smyka, bo trochę razem przeszliśmy. i dam się namówić w końcu na tę kawę, nawet jeśli mam jechać do Warszawy, bo wiem, że będę ją pić w moim ulubionym/jego znienawidzonym Starbucksie. a co! żyje się raz i raz się wybiera czy być szczęśliwym, czy wiecznie ponurym.
ps. nie zmieniłam się w optymistę. spokojnie. a wiary nadal nie odnalazłam w sobie.
środa, 17 listopada 2010
Schematy.
sobota, 13 listopada 2010
czwartek, 11 listopada 2010
Niemoc.
Dostałam przed chwilą link do felietonów Nosowskiej w Zwierciadle. Przeczytałam je łapczywie, zatopiłam się w tych słowach, sklejonych magicznym klejem w oszałamiające zdania i... czuję niedosyt, jak wielki, gruby Amerykanin, któremu podano poczwórnego hamburgera, ale zapomniano włożyć smażonej cebulki, za którą wielce przepada i zapłacił wszak! Czuje niedosyt, jakby ktoś obiecał mi zobaczyć najpiękniejszy widok z góry, ale nie pozwolił mi się na nią wspiąć. Czuję także zarazem wielką pustkę, ostatnio nie mam nawet pomysłu na napisanie, krótkiej, prostej ankiety. Szlag!
A najgorsze, że czuję się małą, bezbronną dziewczynką, która bardzo, ale to bardzo pogubiła się w życiu i swojej samotności...
A najgorsze, że czuję się małą, bezbronną dziewczynką, która bardzo, ale to bardzo pogubiła się w życiu i swojej samotności...
A to, że robi się ciemno po południu wcale, ale to wcale mi nie pomaga.
wtorek, 9 listopada 2010
H. 'Spięty' D.
Pomyśl sobie, że są magiczni ludzie pośród nas i sobie gdzieś tam po cichu żyją, a swoją osobą sprawiają, że wychodzi uśmiech na twarzach innych, choć może nawet nie zdają sobie z tego sprawy.
- No i jak było? Dał radość?
- Były łzy, łzy szczęścia, zaskoczenia, wzruszenia. Był śmiech i wielkie brawa na stojąco. I była magia, ja... ja nie potrafię opisać tego koncertu słowami. Tam trzeba było być, słyszeć, widzieć, przeżyć. Nawet na koncertach Lao nie ma takiej magii, jaka tutaj się wytworzyła. Może to także poprzez bliskość, kontakt my - on, rzucanie półsłówek, hasełek i to, że widziałam każdy grymas na jego twarzy, błysk w oczach i ten zniewalający uśmiech satysfakcji. To, że podczas utworów on był w swoim świecie, a ja w swoim, łączyła nas muzyka. A kto wie, może nasze światy wtedy były łudząco podobne?
- Zyta czy ty się słyszysz w ogóle? Opowiadasz o jakiejś pełni szczęścia, utopii.
- Jestem szczęśliwa, jestem naładowana, nabuzowana pozytywną energią. Tyle emocji we mnie siedzi, tyle uczuć, tyle gorących myśli. I taka siła, że czuję iż mogę zbawiać świat. A co piękniejsze. Powiedziałyśmy mu to, co dał nam koncert, podziękowałyśmy. A on co? Błysnęły mu oczy, zawstydził się ślicznie i odrzekł: a ja dziękuję, że mogłem tu grać, bo grało mi się nadzwyczaj świetnie. I choć może mówi to wszystkim, to ja mu uwierzyłam.
- To pewnie kontakt i emocje były prawdziwe, niektórych rzeczy nie warto udawać.
- I wiesz, on to robi dla emocji, nie dla pieniędzy.
- Mów więcej, niedługo będzie moim idolem.
Emocje, euforia, nierealne, idealne szczęście. I to uczucie, że serce wręcz pali się ogromnym natłokiem wspaniałych uczuć. I choć to minie, bo musi minąć (przecież wszystko co dobre mija), to cieszę się tym. Nauczyłam się cieszyć szczęściem. Zaczęłam doceniać, że przychodzi do mnie na tę parę chwil. I to jest piękne.
- Jesteś zajebisty.
- Nie.
- Jesteś i ... dziękuję.
- (uśmiech)
ta satysfakcja w nim wyraziła więcej niż jakiekolwiek słowa.
środa, 3 listopada 2010
Ogłoszenie.
Pilnie poszukuję mężczyzny w koszuli, szelkach, swetrze, Conversach, z trzy dniowym zarostem i uwydatnionymi kośćmi policzkowymi o cudownych oczach. I nawet może palić, a co mi tam! Ach i jeszcze żeby był wiecznym chłopcem. Sama jestem Piotrusiem Panem, razem damy radę. Niech lubi codzienny bajzel i poranną kawę bez śniadania oraz wspólne gotowanie. Przy okazji, musi tolerować moje ucieczki, albo uciekać ze mną. I aparat! Może sam robić zdjęcia, albo być moim modelem. A przede wszystkim niech będzie... po prostu będzie, z kubkiem kawy w ręce, trzydniowym zarostem, potarganymi włosami i tym uśmiechem, któremu wybacza się wiele...Jeśli więc taki się znajdzie, niech pisze szybko, postaram się równie szybko odpisać ; )
Mam kryzys. Wielki kryzys. I dość wszystkiego. Zwłaszcza wszelkiego sprzętu ratowniczego, rękawiczek i ludzi z mojej szkoły.
Spokój.
niedziela, 31 października 2010
Czujesz?
Dorośliśmy.
Nie oszukujmy się. Przyszedł na to czas, czas odlotów z gniazda rodziców, czas wielkich decyzji o przyszłości, czas podejmowania kroków naprzód bez pomocy kogokolwiek.
Dorośliśmy.
Nie każdy tego chciał, nie każdy był gotowy. Jednak nasze rysy wyostrzyły się, postawa przyjęła prosty profil, oczy zaczęły bystro błyszczeć, a uśmiechy onieśmielają wielu.
Dorośliśmy drodzy przyjaciele.
Zaczęliśmy doceniać ten czas, dostrzegać jak wiele możemy, jak wiele potrafimy, jacy już teraz jesteśmy wielcy. Tak, mamy wspaniale doświadczenia, tysiące przeżyć, wielka odwagę i przeszłość, której nie trzeba się wstydzić.
Dorośliśmy.
I sięgamy po przyszłość, łapiemy ja gołymi dłońmi i choć czasem rani nas boleśnie, chcemy wierzyć, że blizny dodadzą nam charakteru, nauczą nie popełniać tych samych błędów. Mocno wierzymy, że przyszłość da nam także radość, szczęście, miłość i możliwość spełnienia marzeń.
Dorośliśmy z wiarą, że nam się uda...
...nie spieprzmy tego!
piątek, 29 października 2010
jasność.
Stan posiadania Natalii Z.: mam psa, pisanie i muzykę, która działa na mnie jak prochy. Mam rodziców, którzy kochają mnie bezgranicznie. Mam trochę przelotnych koleżanek. Mam przyjaciół. Mam głupią nadzieję, że może warto jeszcze pożyć. Samotność mam i bezsenne noce. I szaleństwo posiadam. Jestem taka bogata...
coś Ci świta po przeczytaniu? tak. podstawiony pode mnie fragment książki. tak, tak! właśnie tej! zgadłeś. wygrałeś nowy telewizor. masz w domu już trzy? ależ przecież przepych nikomu nie zaszkodził. coś Ty taki! wygrałeś to podawaj adres i się ciesz! Ci dzisiejsi ludzie... PS3 chciałbyś? ale wygrałeś telewizor plazmowy, jeszcze Ci mało? nie... w zestawie nie ma wykupionych Twoich ulubionych programów. przykro mi... bierz go kurwa i ciesz się, że coś można dostać dzisiaj za darmo. ja też dostałam... szalenie ciekawą osobowość... i nie chciałbyś się zamienić, uwierz mi.
poniedziałek, 25 października 2010
...
Żyć tak, by przeżyć naprawdę każdy dzień,
każdą chwilę, przeżyć to wszystko w sobie,
a nie obok siebie.
Nienawidzę tego dnia.
I nie obchodzę go.
A rok temu?
Rok temu był inny czas, jeden wyjątkowy dzień kiedy zmieniłam własne zasady - dla Nich. I to zdjęcie ma równy rok, kiedy byłam małym, głupiutkim dzieckiem, szczęśliwym dzieckiem. Dziś z przyszłości pozostało mi tylko, że ludzie obok mnie są ci sami. Tak samo wspaniali. Jedynie nie ma Jego...
Posłuchajcie... dedykuje ją sobie, bo chyba coś zrozumiałam.
niedziela, 24 października 2010
sobota, 23 października 2010
Nocą gdy nie śpię...
Odgrzebuje stare zdjęcia niczym stare rany. Niektóre bolą, z niektórych pozostały jedynie blizny, które wywołują smutek, ale niekiedy i śmiech.
Dawne czasy.
Dawna ja.
Dawne wczoraj.
Lepsze wczoraj.
Nie lepsza ja.
Nie zmieniam się.
Psiakrew!
piątek, 22 października 2010
HubowoZytowe rozmówki różne.
H: - puk puk
Z: - kto tam?
H: - Królewicz
Z: - na białym rumaku?
H: - dla ciebie mogę być i na białym rumaku
Z: - to nie biorę, jesteście przereklamowani...
H: - więc stanę się tym, kim chcesz żebym był
niedawna ranna rozmowa. rozmowa z mężczyzną, który odchodząc pewnego zimowego wieczoru powiedział odległość nie miała znaczenia dopóki tęsknota nie zaczęła rozdzierać mnie od wewnątrz, nie potrafię, to nie ma sensu. znajdźcie mi proszę sens w tych słowach porannych. znajdźcie...
czwartek, 21 października 2010
Pif paf.
Nie wiem, czy w ogóle jest możliwe, aby uchwycić moment, w którym rozpoczyna się miłość. Nie jakieś tam zakochanie, ale miłość. Zakochanie jest mimo wszystko tylko rozjątrzeniem siebie, trudną do opanowania, natarczywie obsesją zajmującą cały czas i całą przestrzeń. Zagnieżdża się wprawdzie w mózgu, ale tak naprawdę wypełnia głównie ciało. Miłość, jeśli w ogóle, pojawia się później. Absorbuje inaczej. Nie jest tylko namiętnością obecnej chwili. Patrzy w przyszłość.
Doznałam miłości. Poczułam ją. I... utraciłam.
Nie mam już ochoty na zabawę w zakochanie, w związek.
Nie mam siły na bycie z kimś.
Pif paf.
Zabijam tak każdą próbę nawiązania ze mną bliższej znajomości.
Życie bez osoby obok też ma sens.
środa, 20 października 2010
Jesień, jesień ach to Ty!
Jesień, jesień, jesień.
Zimno, zimno, zimno.
Marzną mi dłonie, których nie ma kto ogrzać.
Tylko... tak naprawdę to ja nie dopuszczam do siebie nikogo. Są wieczory gdy samotność przeraża. Tylko kto ich nie miewa? Ale ja ją lubię, doceniam. To ona w pewien sposób daje mi wolność - stan umysłu, ciała i duszy, którego każdego dnia pożądam, o którego ciągle się staram, którego potrzebuję jak powietrza. Nie chcę, nie umiem z kimś być, nie gdy jest blisko, gdy mieszka obok. To głupie, ale niektórzy zakochują się w śmiertelnie chorych, inni pieprzą się po kątach, a ja mam swoją odległość. Nie zdawałam sobie sprawy, aż do tego czasu, jak bardzo przeraża mnie przyszłość.
On - jakiś człowiek, którego mam pokochać i stworzyć z nim coś, co będzie, co ma trwać latami... Nie przeraża was to? Bo ja nie umiem, nie chcę umieć, ja ucieknę... to nie tchórzostwo, to wyzwolenie. Nie pragnę jak wielu szarej codzienności. Tak, możecie mnie za te słowa spokojnie zlinczować. Bo dom, rodzina, stała praca, to szara codzienność, od czasu do czasu jakiś wyjazd z rodziną do Egiptu, Grecji, Tunezji, żeby pokazać, że was stać na wakacje poza tym krajem. Nie, podziękuję. Nie chcę spokojnej przyszłości, nie pragnę stabilizacji, nie dążę do harmonii. Wybieram bałagan, niewiadome jutro, wybieram adrenalinę i niespokojne życie. Wybieram kolory. A wy zostańcie w swojej zatęchłej wodzie, która z czasem przeobrazi się w bajoro. Ja nie muszę płynąć z nurtem, pójdę pod prąd, na głęboką wodę, tam gdzie największe fale. Popłynę tam, gdzie tylu już się utopiło, zginęło, by odnaleźć swoje własne, niezrozumiałe dla was szczęście.
A teraz możecie mnie pozabijać słowami sprzeciwu.
niedziela, 17 października 2010
Smutny brzydal.
A Pani przeżyła jakąś tragedię w życiu, że tak Pani płacze każdą częścią swojego ciała? Te oczy nie powinny wyglądać tak. Zastanawia się Pani jak? Powiem, że nie powinny wyglądać tak jak dziś. Smutek w takich oczach to grzech, proszę Pani. Lecz nie tylko Pani oczy są smutne. Zdaje mi się, że smutek ten doskonale widać w ruchach Pani warg, dłoni. Nawet ogniste włosy wydają się być smutne. Przepraszam Panią, ale nie lubię, gdy ktoś jest pozbawiony życia. Pani nie powinna, bo...
Też nie lubię być pozbawiona życia. - odpowiedziałam chłodno.
niedziela, 10 października 2010
O pewnym poranku słów kilka.
Śniadanie.
Podstawowy posiłek w ciągu dnia. Podobno... Przez całe swoje, wciąż jeszcze 18-letnie życie, jadam śniadanie raz na rok. Przy dobrej okazji. Żyję jeszcze? Ależ owszem i mam się całkiem nieźle.
Jest 4.45. Otwieram oczy i zastanawiam się dlaczego wszędzie jest tak cholernie ciemno. Ale przecież... jesień. Witaj mroczna poro roku. Schodzę po drabince łóżka na ziemię, uważając by nie spaść, wciąż jeszcze bowiem mam zamknięte oczy! Nie do pomyślenia byłoby to, żeby o takiej porze mieć je otwarte i w gotowości. Wchodzę do kuchni... jedzenie. Najłatwiej tosty. Na ślepo wkładam na tostowy chleb pierwsze produkty z lodówki, włączam opiekacz i idę umyć twarz. Kiedyś otworzyć oczy trzeba. Później następuje konsumpcja, żuchwa nie ma najmniejszej ochoty mielić kanapek, a żołądek buntuje się, gdy przez przełyk zlatują do niego resztki pogryzione przez zęby. Ja mu się nie dziwie. Gdyby ktoś mnie budził o 5 rano wrzucając mi do środka jakieś marne śniadanie, też byłaby potwornie zła. Popić, popić, popić. Udobrucha to moje kwasy.
Teraz toaleta... szybki wanno-prysznic i można powiedzieć, że świat nabiera jakiejś barwy. Tylko tak strasznie ciężko w środku przez ten posiłek. Zaspany umysł nawet nie przyjął do swojej wiadomości, że zaszła konsumpcja... za jakieś dwie, trzy godziny, odezwie się z krzykiem, że brak mu jedzenia, że co ze śniadaniem. Pieprzone ciało...
Już wiecie czemu nie jadam śniadań.
One mnie nie lubią.
Ja nie lubię ich.
Ubrać się pozostaje i na zajęcia, byleby tylko dojść do autobusu i nie zmarznąć tak bardzo..
Podstawowy posiłek w ciągu dnia. Podobno... Przez całe swoje, wciąż jeszcze 18-letnie życie, jadam śniadanie raz na rok. Przy dobrej okazji. Żyję jeszcze? Ależ owszem i mam się całkiem nieźle.
Jest 4.45. Otwieram oczy i zastanawiam się dlaczego wszędzie jest tak cholernie ciemno. Ale przecież... jesień. Witaj mroczna poro roku. Schodzę po drabince łóżka na ziemię, uważając by nie spaść, wciąż jeszcze bowiem mam zamknięte oczy! Nie do pomyślenia byłoby to, żeby o takiej porze mieć je otwarte i w gotowości. Wchodzę do kuchni... jedzenie. Najłatwiej tosty. Na ślepo wkładam na tostowy chleb pierwsze produkty z lodówki, włączam opiekacz i idę umyć twarz. Kiedyś otworzyć oczy trzeba. Później następuje konsumpcja, żuchwa nie ma najmniejszej ochoty mielić kanapek, a żołądek buntuje się, gdy przez przełyk zlatują do niego resztki pogryzione przez zęby. Ja mu się nie dziwie. Gdyby ktoś mnie budził o 5 rano wrzucając mi do środka jakieś marne śniadanie, też byłaby potwornie zła. Popić, popić, popić. Udobrucha to moje kwasy.
Teraz toaleta... szybki wanno-prysznic i można powiedzieć, że świat nabiera jakiejś barwy. Tylko tak strasznie ciężko w środku przez ten posiłek. Zaspany umysł nawet nie przyjął do swojej wiadomości, że zaszła konsumpcja... za jakieś dwie, trzy godziny, odezwie się z krzykiem, że brak mu jedzenia, że co ze śniadaniem. Pieprzone ciało...
Już wiecie czemu nie jadam śniadań.
One mnie nie lubią.
Ja nie lubię ich.
Ubrać się pozostaje i na zajęcia, byleby tylko dojść do autobusu i nie zmarznąć tak bardzo..
sobota, 9 października 2010
na przełomie lat.
zastanawiam się nad znaczeniem słowa dopasowany. bo właściwie nie wiem, co to znaczy. przecież na każdym etapie życia mamy inne poglądy, inne potrzeby i gusta. jakieś piętnaście lat temu zakochałabym się w każdym, kto lubi Włóczykija i Indian, a nienawidzi budyniu waniliowego i kożuchów na mleku. a teraz? sama sympatia do Włóczykija mi nie wystarczy.
piątek, 8 października 2010
Migrena.
Pewnego dnia, pewnego dnia
pękło niebo
i lunął straszny deszcz,
wtedy krzyknął ktoś:
Nie ma Boga nie!
Nie. Oczywiście oryginał tak nie brzmi.
Dzisiaj nie mam nastroju na oryginały...
A głowa od jakiegokolwiek hałasu pęka niemiłosiernie...
czwartek, 7 października 2010
Chaos.
Taki jest ustalony porządek. Chyba, że coś się zmieniło, coś przespałam? Ustalono jakieś nowe reguły? Czemu ja nic nie wiem? Jestem obywatelem tego kraju, powinno się mnie poinformować choćby listownie!
Szanowna Pani, której poszanowanie mamy tak naprawdę głęboko w dupie.
Z dniem stanięcia świata na głowie, orzekliśmy jednogłośnie, tj. Ja - nieudolny rządzący z głową Kościoła Polskiego, który jest na równi władzy w tym kraju, nie wiedziała Pani o tym? Orzekliśmy więc, iż banda moherów z wielkimi tyłkami, może od dnia wczorajszego, bo i dlaczego niby od dzisiaj?, wchodzić do pojazdów publicznych pierwsza, a dopiero za nimi jeśli już musi, może ktoś wysiąść. Innej kolejności nie przewidujemy, bowiem obawiamy się, iż w każdej chwili, może w drzwiach pojazdów stanąć krzyż, przy którym zbierze się grupka, pieprzonych fanatyków i wyjście będzie niemożliwe.
Dziękujemy.
Dziękujemy.
Z wyrazami braku szacunku, podpisani niżej
Wielki Ojciec Narodu
z błaznem B(ied)ronkiem
PS. Rachunek za znaczek wyślemy pocztą.
Żyję w pieprzonym kraju absurdu.
Ale tramwaje i tak nadal lubię...!
środa, 6 października 2010
Przemyślenia po audycji ZiabMilowej.
Słucham sobie właśnie Radia Woodstock i wspominam jak to cudnie było w tym roku na Przystanku. Tak moi drodzy. Było cudnie! Nie liczy się to, że pracowałam, że musiałam być dostępna 24h na dobę. Nie ważne, że nie mogłam napić się łyka piwa czy iść na zaplanowany wcześniej przez siebie koncert. Nie, bo to nie to jest ważne. Atmosfera była taka sama, a może nawet lepsza? Kiedy tylko miałam chwilę wolnego biegłam do znajomych z pola by z nimi spędzić czas. Obcy ludzie mnie pozdrawiali, ale tak inaczej, tak na nowo. A widok ze sceny powala... uwierzcie na słowo. Ten tłum, to morze ludzi, którzy krzyczą do Ciebie, którzy cieszą się na rozpoczęcie Przystanku i którzy płaczą! tak, płaczą na jego koniec. Znajdźcie mi taki drugi festiwal. Gdzie ludzie są szczerzy, uśmiechnięci, szczęśliwi, kolorowi, pełni miłości i życzliwości. Gdzie na festiwalu, ludzie będą krzyczeć w stronę sceny, że zdarzył się wypadek i potrzeba Pokojowego Patrolu? Gdzie artystom śpiewa się sto lat? Gdzie artyści płaczą na koncertach, na którym festiwalu miękną im kolana na widok tylu ludzi? Gdzie można poczuć się prawdziwie wolnym, młodym, pełnym energii i dobrych pomysłów? Gdzie artyści dziękują widowni na swoich stronach internetowych? A przede wszystkim, gdzie stykają się wszelkie subkultury, rasy, religie, poglądy polityczne i nie mają ochoty sobie nawzajem obić mordy? Gdzie potrafią się tak zjednoczyć jak na Przystanku Woodstock?
Nigdzie.
Nigdzie!
Nigdzie...
Także pierwsze wrażenie: Hura! Hura! Hura! Najmniej może się spotykamy z ludźmi, z którymi przez cały rok robiliśmy szkolenia, z którymi ja się widziałem, kiedy było zimno, kiedy było zimowo, kiedy było bardzo też gorąco i często podczas tych zajęć, kiedy płyniemy na tratwach, kiedy chodzimy po wodzie, kiedy męczymy się po lesie, oni mówią: no dobrze, ale co to ma wspólnego z Woodstockiem? no właśnie, ma to wspólnego, że potem są przygotowani na każdą ewentualność, są po prostu wytrzymali, wiedzą, że muszą sobie dać radę i wiem, że sobie dadzą radę. Tysiąc tych osób to jest fenomen, to jest w ogóle wielki szacunek dla nich za to, że chcą to robić, i że poświęcają swój czas i ogromną pracę, wysiłek, żeby potem tworzyć TEN Festiwal. Także pierwsze wrażenie: Hura! Hura! Hura!
J. Owsiak
A to wyżej to kilka słów o mojej pracy. Cudownych słów, o cudownych ludziach!
wtorek, 5 października 2010
kupa.
złe, złe, złe myśli.
wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia.
gówno, gówno, gówno.
mówią, że coś się kończy, by coś nowego mogło powstać.
ale ja nie chcę do cholery nowości.
już dość, dość, dość.
czuję, że coś czuję.!
pieprzy mnie, że nie rozumiecie.
ja nie chcę a muszę....
W moich snach wciąż Warszawa...
Ostatnio powiedział, że tęskni, że chciałby się do mnie przytulić, porozmawiać jak kiedyś. Dał mi do zrozumienia, że mógłby wrócić, że mogłoby być dawne, utęsknione, zeszłoroczne, majowe wczoraj.
Dlaczego, kiedy podnoszę się z porażki, smutków, tęsknoty, goryczy przychodzi nowy problem? Dlaczego to takie ciężkie? Otrząsnęłam się, zaczęłam uśmiechać. Dlaczego akurat teraz?
Nie wróci.
Nie wrócę.
Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Dorosłam do tej decyzji, choć nie wiem czy da się tak naprawdę.
Dorosłam przynajmniej do tego, by powiedzieć mu 'nie'. Lecz wiem, że gdyby chciał spróbować jeszcze raz w maju... rzuciłabym wszystko.
W S Z Y S T K O.
W S Z Y S T K O.
Dziś rozumiem, że wciąż kocham osobę, którą był. Nie umiałabym kochać tej, którą jest teraz.
Jest ciężko, ale chcę wierzyć, że decyzja, choć wymagała wiele siły i każdego dnia jej wymaga, jest dobra.
Chyba do cholery stałam się anty-faceci... choć tak bardzo pragnę ostatnio zwykłej miłości...
sobota, 2 października 2010
Lentescunt tempore curae
Baterie wykończyły się.
Znów jestem małą, smutną dziewczynką, którą każdy pyta co jej jest. Nic mi nie jest moi drodzy. Nic, zupełnie. A to, że jestem zakręcona w rzeczywistości bardziej niż zazwyczaj, nie oznacza zakochania, jak myślicie. Ja po prostu żyje w swoim własnym świecie, świecie gdzie spełniają się marzenia. Dlatego często jestem zamyślona, dlatego nie odpowiadam za pierwszym razem na zadane mi pytanie, dlatego potykam się na prostej drodze. Zrozumcie, że taka właśnie jestem. Nie wiecznie uśmiechnięta. Nie ta radosna. Nie ta pełna sił do zmierzenia się ze świata. Tak bywa rzadko, coraz rzadziej.
Jesień nie pomaga. Deszcz obrzydza wychodzenie z domu. Zimno przenika do szpiku kości. Październik przypomina, że za kilka chwil będą moje pieprzone urodziny, które rok temu były najpiękniejsze i już nigdy takie się nie zdarzą... chyba brakuje mi witaminy C...Ciebie. (napisałam to?!)
piątek, 1 października 2010
Dzisiejszy Dzień Uśmiechu nie wypalił.
Mamy piątek. Cały dzisiejszy wieczór spędziłam na odrabianiu zajęć, które są na środę i piątek!
Jestem ambitna? Nie sądzę.
Chyba po prostu nie chcę myśleć o pewnych rzeczach, chcę rozplanować czas, wycisnąć z dni maksimum.
Chcę zapomnieć.
Ruszyłam dzisiaj folder ze zdjęciami z Warszawy, tej ostatniej z nim, tej bez niego. Wróciły wspomnienia. Wrócił czas w myślach, ten taki piękny, ten kiedy byłam taka... szczęśliwa. Ostatnio także przeżywałam okres szczęścia, wiem. Ale to było inne. Zrozumiałam, że zawsze będę tęsknić za tymi dniami, że nic na to nie poradzę. Zrozumiałam, że muszę nauczyć się z nich cieszyć, znów. I pewnie będzie tak za każdym razem. Ale chcę wierzyć, nie! ja w to wierzę, że kiedyś będzie tak samo jak było wtedy. Może nie dokładnie tak, bo jak to mawia Szymborska: nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy (...) żaden dzień się nie powtórzy, nie ma dwóch podobnych nocy, dwóch tych samych pocałunków, dwóch jednakich spojrzeń w oczy. ale będzie podobna euforia, podobne szczęście, podobny uśmiech i ta radość w oczach gdy się zobaczy tą osobę. Mam tylko wielką nadzieję, nie uświadomić sobie, że on był tym jedynym, którego potrafiłam tak kochać.
czwartek, 23 września 2010
Ulotna chwila.
Jest źle. Z ludźmi, z którymi mam spędzić następne dwa lata mam dobry kontakt, ale zaczynają mnie irytować. Męczą mnie i nudzą. A minął dopiero niecały miesiąc, nie wiem co o tym wszystkim mam myśleć, bo odizolować się od nich nie mam możliwości. Chce chodzić do tej szkoły regularnie i chyba mam problem...
Mam tylko nadzieję, że wszystko się ułoży.
A teraz nadchodzą złe dni, przynajmniej dzisiejszy taki był. Jutra nie znam. Nadejdzie za pewną chwilę. A na ten czas położę się spać. Jakoś siły mnie opuszczają. Czyżby bateryjki szczęścia się rozładowały?
Psiakrew!
na krótko.
- Co mam robić?
- Zamknij oczy i pomyśl, że jesteś na prerii.
- Działa.
Jeden z dialogów w filmie Skazany na bluesa pomiędzy Indianerem a Ryśkiem. Swoją drogą uwielbiam ten film. Każdy można do tych słów, dobrać swoje własne znaczenie. I każde będzie trafne.
Na ten czas idę na się na chwilę położyć. Szkoła męczy. Zwłaszcza cztery anatomie pod rząd.... ale jest dobrze.
niedziela, 19 września 2010
Każdy z nas jest inny.
Patrzę w lustro. Przez kilka chwil zastanawiam się kim jest owa kobieta po drugiej stronie. Bo to przecież nie ja. Po chwili jednak uświadamiam sobie, że ta twarz należy do mnie. Zmiana fryzury jednak daje wiele. Uśmiecham się, bo przecież sama tego chciałam. Nie powiem, że nie tęsknie za dawnymi kudełkami, ale zmiany są dobre. Wynikają z chęci zobaczenia czegoś w innym świetle, w inny sposób. Ja postrzegam tak swoje życie. Każdy w pewnym momencie potrzebuje nowości, świeżości. Oczywiście nadal mam nawyk przeczesywania dłonią włosów w celu ich ułożenia, nie używałam 6 lat grzebienia, wolno mi! Nadal kiedy kładę się do łóżka chcę położyć dredy do góry, żeby było wygodnie, ale nie ma ich, leżą sobie wygodnie w pudełku i czekają, może na doczepienie kiedyś, kiedyś. Chociaż wątpię w to, praca nie będzie mi pozwalać na taką fryzurę. Dla swojego bezpieczeństwa i innych ludzi. Więc staną się dobrym wspomnieniem, magiczną chwilą, będą przywoływać te czasy, które pomimo wielu złych chwil, uwielbiam.
Zmiany są dobre, czekam na więcej.
Wracam do sprzątania, bowiem przez te kilka dni niewychodzenia z domu, w moim pokoju nagromadziło się wiele brudu, o kupie włosów wszędzie nie wspomnę. A później zabiorę się za psychologię i anatomię... wieczór będzie miły. Wierzę w to. Miłego dnia wam życzę.
A jaką barwę ma Twój dzień człowieku?
Zmieniam się. Każdego dnia po trochu. Od wczoraj męczę się z rozczesaniem dredów na głowie i idzie mi to coraz lepiej. Znów dotykam prostych włosów, jak dawniej. Cofam się? Ależ nie, w żadnym wypadku. Idę naprzód. Z coraz bardziej podniesioną głową, nie, nie jestem zadufana, podnoszę oczy ku górze, podziwiam widoki, chłonę kolory i zapach napotkanych ulic, miejsc, ludzi. Uśmiecham się do nich. I pewnie niektórzy mają mnie za wariata, a niech mają! Na zdrowie im! Ja tylko czuję, że znów żyje, że wchłaniam otaczający mnie świat i oddaje więcej ciepła, miłości, śmiechu. Uczę się na nowo patrzeć oczami dziecka, dziwić się każdemu napotkanemu kamykowi na chodniku, podziwiać białe obłoki na niebie i wyobrażać sobie czym są. Dla mnie chwile mają barwę i smak oranżady, napoju, który przypomina mi dzieciństwo, czas, których kocham.
A jaką barwę ma Twój dzień człowieku?
Zostawiam Cię z tym pytaniem samego, a ja wracam do mojej głowy ; )
piątek, 17 września 2010
Codzienny uśmiech.
Każdy mój dzień ostatnimi czasy jest pełen szczęścia, takiego zwykłego, codziennego, nie zawaham się nawet użyć słowa, szarego. Bo ostatnio choć nic się szczególnego nie dzieje, ja się uśmiecham, mam energię, mam chęć by iść dalej. Połaszę się nawet o stwierdzenie by się uczyć! Tak moi drodzy. W końcu poszłam tam gdzie chciałam, uczę się tego co chce i co chciałabym robić w życiu, w przyszłości. Więc dlaczego nie mam być pełna zapału? Myślę, że każdy z nas powinien odnaleźć swoją życiową drogę by móc się spełnić. Dla mnie będzie to ratowanie życia, praca w karetce, lub górach. Wiem, wiem, płaca marna, status moralny także niewielki, bo przecież ratowników się nie docenia. Mają szybko przyjechać, mają pomóc, a resztę się ma w dupie. A jak zrobią uchybienie to jest krzyk, wiele krzyku. Ale chcę to robić, bo nie wyobrażam sobie czegoś całkowicie innego. I naprawdę, naprawdę polecam wam przemyślenie swoich życiowych celów. Nawet jak dzisiaj z tej perspektywy wydają się odległe, niewyobrażalne, dalekie lub niewykonalne, to starajcie się z całych sił spełnić je. Bo tylko życie, w którym spełniamy swoje aspiracje i marzenia jest warte przeżywania i egzystencji.
To wracam do uczenia się prawa. A was zapraszam do przesłuchania utworu, który od kilku dni chodzi mi po głowie.
czwartek, 16 września 2010
Witam serdecznie.
Poczułam niedawno, że muszę coś zmienić. Zaczęłam więc od tak błahej rzeczy jak porządek w swoim pokoju. Zrobiłam generalne sprzątanie, poprzestawiałam kilka rzeczy, powyrzucałam te, które są mi już niepotrzebne. Ale tu pojawiły się wspomnienia, zdjęcia, zapiski, listy, mapy, rysunki, bilety, rachunki... nie mogę ostatnio od tego uciec. Ale już mniej się boje stawić im czoła.
Oprócz porządku w pokoju, poukładałam, myślę, że poukładałam swój burdel uczuciowy w głowie i sercu. I chyba w jakiś sposób odetchnęłam dziś pełniejszą piersią niż na co dzień. Cieszę się... Bowiem zamknęłam pewien niedomknięty rozdział w swoim życiu. Postawiłam w końcu kropkę tam, gdzie powinna ona zostać postawiona już dawno. I śmiało mogę powiedzieć, że otwieram nowy. Czy będzie lepszy? Tego nie wiem. Nie chcę mówić, że ten był zły, był dobry, dużo mnie nauczył, na wiele otworzył mi oczy, zdobyłam dzięki niemu nowe doświadczenia. I, a może przede wszystkim ciesze się, że był. Dawno temu, powiedziałam sobie, że chcę żyć tak, by nigdy niczego nie żałować. I nie żałuję, chcę iść naprzód.
Pomyślicie, że jestem totalną optymistką. Ależ nie. Dziś - na chwilę obecną jestem realistką, która patrzy w przyszłość, nie w przeszłość. Ten stan pewnie niedługo ulegnie zmianie, ale chcę się nim cieszyć dopóki jest, dopóki trwa. Jestem szczęśliwa. Sama.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




