wtorek, 24 września 2013

Do szuflady.


Napisałam w swoim życiu wiele listów. Bez nadawców, wysyłania, kopert i znaczka. Pisałam do siebie, do otaczającej rzeczywistości, do niej, do ciebie i jego. Mówiłam o cierpieniu, szczęściu, śmierci i miłości. Szczególnie o niej. Zapisywałam jak bardzo kocham i jak nie potrafię tego pojąć. A kochałam całym sercem. Zatracałam się. Zanurzałam cała w tym dziwnym uczuciu, próbując wstrzymywać oddech jak najdłużej. Pisałam o podróżach, tych odbytych, zaplanowanych i tych w głowie, palcem po mapie. Przelewałam na papier najgłębsze myśli, skrywane uczucia, byłam w tych listach bardziej prawdziwa, niż ta ja, stojąca naga przed lustrem. Jadnakże, bez wątpienia, najwięcej listów napisałam do Ciebie. Zdziwisz się pewnie, że ich nigdy nie dostałeś. Nie, nie zaginęły. Nie wysłałam ich wcale i nigdy tego nie uczynię. Wiele z nich pozostało niedokończonych. Właściwie... żadnego nie skończyłam. Zwierzałam Ci się ze wszystkiego, co mnie bolało i trapiło, opowiadałam o szczęściu, które nie jest osiągalne, jak mocno błądzę w chmurach, a nie stąpam twardo po ziemi, i jak często z tej wysokości boleśnie spadam. Byłeś zarazem moim osobistym terapeutą jak i najwspanialszym przyjacielem. Właściwie nigdy nie potrzebowałam pocieszenia, a wiem, że odpowiadając mi na moje słowa, to byś w nich próbował ująć, dlatego nie chciałam znać odzewu. Nie chciałam, by obraz Ciebie w mej głowie jako ideału prysł. Przepraszam. Chciałam tylko pisać, przelewać na papier i zapomnieć. Dziś, gdybym tylko miała kominek, spaliłabym te wszystkie listy razem, przesyłając Ci w ten sposób ciepłą myśl: Dziękuję P.

niedziela, 22 września 2013

Pod płaszcze się pcha...





Przez ostatnie dni przelewam wszystkie swoje myśli na paper. Piszę dużo, często, praktycznie wszędzie. Na biletach, miedzy słowami i w pustych przestrzeniach między zdjęciami w gazetach, na palcach, skrawkach kartek, obok krzyżówek, na chusteczkach. Myśli w mej głowie kłębią się tysiącami, przeciskają jedna przez drugą. Nie zdążę mrugnąć. Pojawia się nowa. Z każdym wypuszczonym oddechem ulatuje kolejnych pięć.
Wdech.
Wydech.
To już chyba z trzynaście. Nie nadążę notować. Gubię się w przemyśleniach, w sensie tych słów. To takie moje małe przekleństwo. Ale wiem co oznacza...
Przyszła jesień.


środa, 18 września 2013

Wie(c) Sosno, że...

Kolejny raz wracam. I kolejny raz zupełnie nic nie czuję do tego miejsca. Tak, jakbym zbudowała sobie w głowie wielką skrzynię i wrzuciła do niej wszystkie wspomnienia. Tak, jakbym nie przeżywała tu żadnych pięknych chwil, żadnych ciekawych dni, jak gdybym nie spotkała tutaj nikogo mojego. To nieprawda. To miejsce dało mi wiele, jednocześnie odbierając z nawiązką, wiele mnie także nauczyło. Nikt nie skopał mi tyłka tak boleśnie, jak to leśne z nazwy miasto. Tutaj hartowałam ducha, doznawałam najgłębszych ran, nauczyłam się kochać innych ludzi, gdy nie umiałam siebie (w zasadzie po dziś dzień nie potrafię). W końcu to tutaj nauczyłam się siebie. Właściwie, to południowe miasto, dało mi ludzi, a ludzie dali mi wszystko pozostałe. Na tym koniec. Dla mnie może zniknąć z mapy, nie zauważyłabym nawet. Kocham Polskę, ale Polska nie jest tutaj. Być może dopuszczam się haniebnego czynu, wyrzekam się pochodzenia. Jednak wolę o sobie myśleć, iż po prostu jestem obywatelem, przecież nie chodzi o to skąd się jest, a kim się jest. Pytałeś mnie przed ostatnim pożegnaniem, kolejny zresztą już raz, gdzie jest moje miejsce. Kochany! Ja go nawet nie szukam. Nauczę się żyć wszędzie, ale dłużej nie wyobrażam sobie tutaj istnieć. To miasto jest dla mnie wypłowiałe, pozbawione emocji i siły. Poświęcam mnóstwo energii, by w każdą wolną chwilę uciec, byle dalej od zapomnienia. Jednak wiem, że gdybym potrzebowała swojego miejsca, to na pewno nie byłoby to tu. Zawsze wydawało mi się, że otaczam się podobnymi sobie myślowo ludźmi. Ludźmi niczym liście rzucone wiatrem, podążających w sobie tylko znanym kierunku. Ludźmi bez korzeni, nieprzywiązanych, wolnych. Nawet nie wiesz, jak się myliłam. Znam ludzi, którzy kochają przynależeć, którzy odkryli jak mocno pragną znaleźć ten swój punkt na świecie. Może i ja to kiedyś w sobie odkryje? Tęsknotę za stałością, stabilnością, pragnienie bycia w jednym miejscu przez długi, długi czas, może całe życie. Jednakże na razie pragnę się stąd wyrwać. Iść nie oglądając się za siebie, na miasto bez marzeń. Pragnę odejść, a im bardziej tego chcę, tym dłużej będę musiała jeszcze tutaj trwać.