- Bije od ciebie i piękno, i talent.
- Talent? - zapytałam.
- Owszem. Myślisz, że ja - starsza kobieta potrafiłabym rozmawiać tak bez przeszkód z każdym jak czynię to z tobą? Mylisz się. Podoba mi się inteligencja bijąca z twoich oczu... - ciągnęła, ale już słyszałam jej słowa jak za mgłą. Skupiając swój umysł do wysiłku o 4.30 nad ranem w pociągu mknącym przez ciemność w dal.
- ... i ta twoja uroda. Piękna jesteś nawet teraz, obudzona w środku nocy, potargana i zaspana. Pewnie wianuszek mężczyzn nie opuszcza cię nawet na krok, ale ty wybierzesz i tak tego niedostępnego...
- Nie. - przerwałam chłodno. - Samotność.
- Podnieś głowę, spójrz mi w oczy i powiedz to jeszcze raz.
- Sam...o... - z niewiadomych przyczyn słowo ugrzęzło w gardle. - Samotn... Dlaczego? - wyjęknęłam patrząc jej w oczy.
- Bo mądrością życiową jest wzajemne zmagania się z codziennością. - wytłumaczyła, a w jej oczach dostrzegłam cień dawnego blasku, uśmiechnęłam się radośnie.
- Była pani...
- ... tak, byłam tobą, taka jak ty. I nie żałuję dzisiejszej samotności za cenę tamtej wzajemności. Ktoś musi w końcu zostać sam.
- Zaryzykuję. - powiedziałam ściskając jej dłonie na rozstanie. Po chwili zza okna uśmiechała się, widząc wtulającą się we mnie matkę. Nie pomachała, była przyszłą mną, ja nie macham, ja się nie żegnam.