sobota, 26 marca 2011

Otwarte okno kusi cię wiosną.

I choć tytuł to cytat z Zamknij wszystkie drzwi Variété, to notka będzie o Grabażu. Swoją drogą coraz mniej ostatnio mam czasu na czytanie książek innych niż medyczne, jednak staram się to robić w podróży, których przecież nie jest tak mało. Ot choćby codzienna droga szkoła - dom. Da się czytać wszędzie i wszystko. Uwierzcie mi na słowo. Tą sztukę trenuję z zapałem już wiele, wiele lat i wychodzi mi bardzo dobrze. A skoro już nawet w 3 godzinnej podróży potrafię na stojąco robić notatki, jestem więc pro master.
Ale wracając do meritum tematu. Dostałam - w końcu ;) - do swych łapek autobiografię Grabaża - postaci, którą chyba wszyscy znają, nawet Ci nie bardzo interesujący się muzyką. (tu szczególne podziękowania słać będę do Pana L., który choć nie płacze na Królu Lwie, to pożycza ciekawe tytuły ;) [dygresja - teraz to już pewnie nie, ale to się okaże]
Sama książka wypada całkiem nieźle, czyta się lekko. Nie męczy. Kilka autobiografii mam za sobą, sporo książek o muzykach także, i wiem, że przez niektóre nie potrafię do dziś przebrnąć, choć staram się z całych sił. Ot choćby Miłość i śmierć Morderstwo Kurta Cobaina, którą to czytam bodaj od 2 lat i nadal nie skończyłam, a bardzo bym chciała, naprawdę! Co do AUTO - BIO - GRABAŻA, nie napiszę, że jest super zajebista, bo nie jest. Jednak gdy ktoś choć w minimalnej dawce interesuję się polską muzyką i jej rozwojem na przełomie lat, warto wsadzić w nią nos i dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy, które, no cóż, moje pokolenie nie przeżyło i niestety! nie przeżyje.
Zaczęłam ją czytać w pociągu, już przy wyciąganiu usłyszałam świst Czaplaya (tego z Eneja ;) i słowa łojezu co to za księga?!, owszem, książka liczy nieco ponad 550 str., ale czy warto się zniechęcać rozmiarem nie znając treści? Nigdy w życiu!
Jeżeli chcecie się dowiedzieć nieco o genezie piosenek, ich znaczeń oraz historii powstania, to książka pozwala wam na to w 100%. Grabaż rozbiera na części pierwsze swoje utwory, odsłania siebie, swoją historię i przeszłość, często nie kolorową. Nie boi przyznać się do błędu czy porażki. Co bardzo cenię w tej książce. Odkrywamy człowieka, który nie jest jedynie wokalistą i tekściarzem, ale i tysiącem innych postaci, jak kompozytor muzyki, menager, dźwiękowiec, techniczny a nawet kierowca :) Pokazane jest omijanie pewnych rzeczy w owych czasach, opisane jak łatwo stać się antyfanem każdego zespołu nie tylko PP i SNL. Ukazuje także Krzysztofa jako osobę z nieziemską wyobraźnią i sposobem patrzenia na świat oraz przedmioty otaczające nas dookoła, jak również człowieka, który z fanami był za pan brat, dopóki ci nie kopnęli go zbyt mocno w tyłek. Czego zresztą nie rozumiem do końca, bo zespół nie jest dla mnie skomercjalizowany. Ale cóż, różne typy chodzą po ziemi. Dowiadujemy się także o jednej ciekawej rzeczy - Grabaż znudził się noszeniem cylindra, przepraszam sza-po-kla-ka!, który bądź co bądź charakteryzuję grupę ;)
No i przede wszystkim, dobrze mówi o LAO CHE i samym Spiętym. ;) Więc równy z niego GOŚCIU!
Jeżeli ktoś ma ochotę przeżyć przygodę po ćwierćwieczu muzyki z punktu widzenia jednego człowieka - sięgajcie śmiało po książkę. Nie zawiedziecie się.

Swoją drogą, chciałam pojechać na ten ostatni koncert PIDŻAMY na Jarocinie 2011, ale... unikam komerchy jak się da, dlatego wybaczam sobie nie pojawienie się tam. Czego o dziwo! nie żałuję. (nie PP komercha, a Jarocin komercha - dla tych mniej kumających)



Zapomnij, zapomnij, zapomnij...
(skoro się zaczęło trzeba także i skończyć)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz