Napisałam w swoim życiu wiele listów. Bez nadawców, wysyłania, kopert i znaczka. Pisałam do siebie, do otaczającej rzeczywistości, do niej, do ciebie i jego. Mówiłam o cierpieniu, szczęściu, śmierci i miłości. Szczególnie o niej. Zapisywałam jak bardzo kocham i jak nie potrafię tego pojąć. A kochałam całym sercem. Zatracałam się. Zanurzałam cała w tym dziwnym uczuciu, próbując wstrzymywać oddech jak najdłużej. Pisałam o podróżach, tych odbytych, zaplanowanych i tych w głowie, palcem po mapie. Przelewałam na papier najgłębsze myśli, skrywane uczucia, byłam w tych listach bardziej prawdziwa, niż ta ja, stojąca naga przed lustrem. Jadnakże, bez wątpienia, najwięcej listów napisałam do Ciebie. Zdziwisz się pewnie, że ich nigdy nie dostałeś. Nie, nie zaginęły. Nie wysłałam ich wcale i nigdy tego nie uczynię. Wiele z nich pozostało niedokończonych. Właściwie... żadnego nie skończyłam. Zwierzałam Ci się ze wszystkiego, co mnie bolało i trapiło, opowiadałam o szczęściu, które nie jest osiągalne, jak mocno błądzę w chmurach, a nie stąpam twardo po ziemi, i jak często z tej wysokości boleśnie spadam. Byłeś zarazem moim osobistym terapeutą jak i najwspanialszym przyjacielem. Właściwie nigdy nie potrzebowałam pocieszenia, a wiem, że odpowiadając mi na moje słowa, to byś w nich próbował ująć, dlatego nie chciałam znać odzewu. Nie chciałam, by obraz Ciebie w mej głowie jako ideału prysł. Przepraszam. Chciałam tylko pisać, przelewać na papier i zapomnieć. Dziś, gdybym tylko miała kominek, spaliłabym te wszystkie listy razem, przesyłając Ci w ten sposób ciepłą myśl: Dziękuję P.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz