niedziela, 10 października 2010

O pewnym poranku słów kilka.

Śniadanie.
Podstawowy posiłek w ciągu dnia. Podobno... Przez całe swoje, wciąż jeszcze 18-letnie życie, jadam śniadanie raz na rok. Przy dobrej okazji. Żyję jeszcze? Ależ owszem i mam się całkiem nieźle.
Jest 4.45. Otwieram oczy i zastanawiam się dlaczego wszędzie jest tak cholernie ciemno. Ale przecież... jesień. Witaj mroczna poro roku. Schodzę po drabince łóżka na ziemię, uważając by nie spaść, wciąż jeszcze bowiem mam zamknięte oczy! Nie do pomyślenia byłoby to, żeby o takiej porze mieć je otwarte i w gotowości. Wchodzę do kuchni... jedzenie. Najłatwiej tosty. Na ślepo wkładam na tostowy chleb pierwsze produkty z lodówki, włączam opiekacz i idę umyć twarz. Kiedyś otworzyć oczy trzeba. Później następuje konsumpcja, żuchwa nie ma najmniejszej ochoty mielić kanapek, a żołądek buntuje się, gdy przez przełyk zlatują do niego resztki pogryzione przez zęby. Ja mu się nie dziwie. Gdyby ktoś mnie budził o 5 rano wrzucając mi do środka jakieś marne śniadanie, też byłaby potwornie zła. Popić, popić, popić. Udobrucha to moje kwasy.
Teraz toaleta... szybki wanno-prysznic i można powiedzieć, że świat nabiera jakiejś barwy. Tylko tak strasznie ciężko w środku przez ten posiłek. Zaspany umysł nawet nie przyjął do swojej wiadomości, że zaszła konsumpcja... za jakieś dwie, trzy godziny, odezwie się z krzykiem, że brak mu jedzenia, że co ze śniadaniem. Pieprzone ciało...

Już wiecie czemu nie jadam śniadań.
One mnie nie lubią.
Ja nie lubię ich.

Ubrać się pozostaje i na zajęcia, byleby tylko dojść do autobusu i nie zmarznąć tak bardzo..

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz